Hobby

Andrzej Cierniewski znany jest przede wszystkim ze swojego dorobku muzycznego, z silnego głosu i oryginalnego imagu scenicznego. Ale nie każdy wie, że jest to również Artysta o mocno sprecyzowanych zainteresowaniach pozamuzycznych. Swoje zawodowe życie zwykle potrafił nie tylko pogodzić, ale i związać z hobby. Tak jest w przypadku muzyki. Swego czasu w Ameryce także umiejętnie łączył przyjemne z pożytecznym, realizując dziecięce marzenia o podróżowaniu i jednocześnie zamieniając je w biznes. Po raz pierwszy opowiada o swoich pasjach i przygodach w Ameryce.

Życie pełne pasji
Rozmowa z Andrzejem Cierniewskim, piosenkarzem i kompozytorem

Andrzej Cierniewski uchodzi za wyjątkowo zapracowanego Artystę, zatem nie ma Pan pewnie za wiele czasu na jakieś hobby.
To prawda, że wolnego czasu mam niewiele. Ale gdy już go wygospodaruję staram się spożytkować na to co daje mi najwięcej energii. Uważam, że im mocniej jesteśmy zaabsorbowani zawodowym życiem, tym bardziej powinniśmy być zorganizowani aby zadbać o higienę własnej psychiki. Ja poza sceną regeneruję siły poprzez życie pełne pasji.
Co zatem w życiu Pana najbardziej pasjonuje?
Wiele rzeczy pasjonowało mnie w różnym czasie mego życia. W dzieciństwie moją wielką pasją było czytanie książek, a w szczególności poezji. Nastrajała mnie ona szczególnie. Myślę, że poprzez przeżywanie poezji doszedłem do głębi, w której odczuwałem co poeta pragnął przekazać swoim wierszem. Następnie zanim rozpoczęła się moja młodzieńcza kariera muzyczna, jednym z hobby było budowanie własnych instrumentów w postaci gitar elektrycznych, ale i również pierwszych urządzeń iluminofonicznych. A także pierwszych przetworników dźwięków do gitar.
Zatem znowu muzyka.
Muzyka była i jest dla mnie życiem, pasją i hobby.
Obecnie to Pana praca przecież.
Dlatego jestem szczęśliwym zawodowo człowiekiem ponieważ uwielbiam to co robię. A moja praca to moje hobby.

Czyli jest Pan nieustannie w pracy bo scena i muzyka to zawodowe życiem a jednocześnie jedyne formy odpoczynku?
Muzyka nie musi zamykać mnie na inne dziedziny życia. Poza muzyką, mam również wiele innych pól zainteresowań. Jedną z najświeższych jest myślistwo.
Jak to się stało, że wrażliwy Artysta, zainteresował się takim rodzajem spędzania wolnego czasu?
Osoby, które postrzegają myślistwo jako brutalne spędzanie czasu, nie do końca dobrze rozumieją ideę bycia myśliwym. Pomijam oczywiście kłusowników, czyli „czarne owce”, które wszędzie mogą się zdarzyć. Bycie myśliwym to dbanie o przyrodę, troska o równowagę w niej, dokarmianie zwierząt. Dla mnie jest to przede wszystkim wspaniały pretekst na wyjście do lasu, obserwowanie zachowania zwierząt, tych zalotów i w ogóle całej psychologii życia w przyrodzie.
Jest Pan w kole myśliwskim zaledwie od kilku lat, a już zdobył respekt i uznanie wieloletnich jego członków. Wybrano Pana nawet na prezesa Koła.
To miłe, że obdarzono mnie zaufaniem. Mimo wielu moich zajęć, tę społeczną funkcję traktuję bardzo serio. Staram się być wzorem myśliwego dla członków Koła, tak jak dla mnie wzorem etycznego myśliwego był mój wujek. Bycie prezesem zobowiązuje np. do jak najlepszego działania na rzecz Koła. Dbania o jego dobre imię. Cieszę się, że mogę przyczyniać się do pozytywnego postrzegania myślistwa, a przynajmniej staram się. Dbam o etyczne działania członków mojego Koła. Poprzez to hobby mogłem poznać wielu wspaniałych ludzi także w innych Kołach myśliwskich, chociażby Koła Myśliwych w Bieszczadach.
W Stanach Zjednoczonych również był Pan myśliwym?
Nie, nigdy nie polowałem w Ameryce, chociaż byłem na kilku polowaniach. Mimo tego, że nie zostałem tam nigdy myśliwym, to z przyjaciółmi założyłem pełnoprawne, zarejestrowane po raz pierwszy w historii Stanów, Koło „fishing and hunting”, czyli wędkarstwo oraz myślistwo.
Czy jest różnica w polowaniach pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską?
Diametralna! Polega ona przede wszystkim na tym, że w Stanach jest większa dostępność zwierzyny. Ze względu na to, że jest to olbrzymi kraj, zwierzyny jest po prostu zdecydowanie więcej niż w Polsce. O Kanadzie w ogóle nie wspomnę. Zgoda na odstrzał, nie wymaga tak drastycznych uregulowań jak w Polsce. Same polowania w Polsce są dużo atrakcyjniejsze. Bowiem tutaj to wielokrotnie wyprawa zorganizowana w grupie, a w Stanach bardziej indywidualna. Osobiście bardziej cenię sobie w Polsce możliwość wyjścia do lasu, kontakt z przyrodą. Zresztą najczęściej są to tereny mego dzieciństwa, znane mi ścieżki i miejsca, w których jako chłopak biegałem na grzyby.
Gdzie łatwiej jest zostać myśliwym: w Polsce czy w Ameryce?
Absolutnie o wiele trudniejsze jest to w Polsce. Tutaj aby zostać myśliwym musi być osoba rekomendująca przyszłego członka. Uzyskanie pozwolenia na broń w Polsce jest bardzo trudne, należy przejść szereg skomplikowanych testów psychologicznych, zdać trudne egzaminy przed krajową komisją. Podczas gdy w Ameryce otrzymanie pozwolenia na broń jest banalnie proste. Wystarczy zapłacić kilka dolarów, wypełnić wniosek z paroma pytaniami, a następnie do trzech tygodni oczekuje się na zezwolenie posługiwania się bronią - i to niemal każdego rodzaju. Nie ma żadnych egzaminów. Dana osoba jedynie podpisuje się pod formułką, że we własnym dobrze pojętym interesie zapozna się ze wszystkimi przepisami. Ponieważ w sytuacji, gdy zostanie przechwycona na jakiejkolwiek nieprawidłowości, nie ma dla niej usprawiedliwienia. Ponosi bezwzględne konsekwencje.
W trakcie tych Pana paru lat członkostwa w myślistwie, ma Pan zapewne jakieś sukcesy w ustrzeleniu zwierzyny. Pochwali się Pan czytelnikom?
Podkreślę, że nie jestem myśliwym po to aby strzelać w zwierzynę. Chociaż zdarza mi się, że coś ustrzelę. Raz przytrafiła mi się pewna „przygoda”, gdy wycelowałem w dzika i trafiłem do niego bezbłędnie. Upadł natychmiast. Była noc. Pewny swego sukcesu, z towarzyszącym mi wówczas łowczym postanowiłem, że za moment zejdziemy z ambony i go zabierzemy. Nie muszę podkreślać jakie było moje zaskoczenie, gdy po dwudziestu minutach okazało się, że dzika już nie ma. Na pewno mam bardzo dobre oko do strzelania, ale tym razem musiał – mówiąc myśliwym językiem - dostać po „piórach” i zapewne po kilkunastu minutach wstał. Spędziliśmy wiele godzin szukając jego śladu. Bez skutku.
W strzelaniu jest Pan na pewno bardzo dobry skoro już jako nastolatek był Pan nadzieją Polskiego Strzelectwa i zdobywał trofea w strzelaniu.
Na pewno posiadam swoiste predyspozycje koncentracji podczas strzelania. A odkryto je w mojej młodości przypadkowo, gdy jako uczeń ogólniaka uczestniczyłem w spartakiadzie strzeleckiej. Nigdy nie rozwijałem tych umiejętności i tego hobby. Chociaż strzelanie samo w sobie dawało i daje mi wiele przyjemności. Kolejnym Pana hobby jest wędkarstwo.
Czy obecnie mieszkając więcej w Polsce niż w Ameryce, również łowi Pan ryby?
Oczywiście że tak. Ale przyznam, że bardzo rzadko. W Polsce wędkarstwo, to zupełnie inny rodzaj łowienia niż w Ameryce. Przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych jest dużo więcej gatunków ryb aniżeli w naszym kraju - jest ich po prostu ilościowo dużo więcej. Podobnie jak i rożnego rodzaju rzek czy jezior. Woda jest tam również o wiele czyściejsza. Nadto w Ameryce czy też w Kanadzie, jest większa odpowiedzialność i etyka typowego wędkarza. Nie łowi się tam ryb dla konsumpcji, ale dla rekreacji, spędzenia wspólnie czasu z przyjaciółmi czy z rodziną. Wokół tego hobby jest organizowany cały biznes. Tam gdzie są miejsca z łowiskiem i jest dostęp do rzek, jezior, tam również są wypożyczalnie na przykład kajaków, łódek, w miejscach tych są sklepy, gdzie można kupić cały osprzęt wędkarski, a także w pobliżu zwykle jest jakiś bar aby można było spędzić wspólnie czas już po łowieniu. To po prostu profesjonalna obsługa tego hobbysty, który w zasięgu ręki ma wszystko co mu jest potrzebne.
Jak to się stało, że Pana wędkarskie hobby szybko stało się pierwszym życiowym biznesem?
Mam taką naturę, że jeśli coś polubię to staram się to również rozwinąć. Gdy pewnego dnia przyrzekłem sobie, że nigdy nie wrócę do muzyki, musiałem ją czymś zastąpić. Spodobało mi się bardzo łowienie ryb, gdyż umożliwiało kontakt z przyrodą. Założyłem więc firmę ‘World, wide, angling and adventure” czyli oferowałem jak świat długi i szeroki wędkowanie z przygodą. Organizowałem podróże i wyprawy wędkarskie z dreszczykiem do najbardziej dzikich miejsc Ameryki Północnej i Południowej oraz do Kanady.
Co zainspirowało Pana do egzotycznego biznesu podróżniczo - wędkarskiego?
Po prostu uznałem, że taka firma, to doskonały sposób na spełnienie moich dziecięcych marzeń o zwiedzaniu świata. Bowiem już jako chłopak rozczytywałem się we wszystkich dostępnych książkach podróżniczych. Do tego stopnia, że mój tato zawsze sądził, wierzył i pragnął abym został marynarzem. A co mnie zainspirowało do realizacji tego marzenia? Moja prywatna podróż wędkarska do Costa Ryki, jeszcze wówczas, gdy miejsce to nie było tak modne, a turyści zaglądali tam rzadko w porównaniu z tym, co dzieje się dzisiaj. Wybrałem się zatem na stronę Pacyfiku i Atlantyku. Pojechałem w głąb Costa Ryki. Pod czynnym wulkanem znalazłem bardzo unikalne miejsce na połów ciekawych ryb np. pawiowego beza, ale nie tylko. Przebijałem się tam wtedy jeszcze urwiskami, bardzo prymitywnymi dróżkami, gdzie np. zobaczyłem niesamowite złoża plantacji kawy. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, bo miejsce było naprawdę fenomenalne i trudne wręcz do opisania. Pomyślałem, dlaczego by tego nie pokazywać innym i zaaplikować im troszkę dreszczyku aby podzielić się tymi niesamowitymi emocjami.
Rozumiem zatem, że spotkała tam Pana jakaś przygoda.
Wiele zaznałem przygód podczas moich podroży wędkarskich. Na przykład, gdy przybyłem do Costa Ryki, zaraz w pierwszy wieczór mojego pobytu byłem świadkiem olbrzymiego wybuchu wulkanu. Widziałem jego uderzenie bardzo dokładnie, ponieważ miałem bezpośredni widok z okna na ten wulkan. Zobaczyłem jak wyeksploatował swoistym popiołem i spowodował na owym lazurowym jeziorze coś unikalnego: woda po jednej stronie była mleczna, a po drugiej krystaliczna. Niesamowity widok i niezapomniane wrażenia, które życzyłbym każdemu przeżyć.
I tak zaczął Pan organizować profesjonalne wyprawy wędkarskie w oryginalne i wyjątkowe miejsca Ameryki.
Nie tylko na bazie tego jednego wydarzenia. Również zainspirowała mnie tamtejsza dzika przyroda, na przykład niezwykłość łowienia ryb, gdy obok siedzą małpy na drzewach i po prostu ryczą do mnie. Tam znalazłem w rzece Rio Kolorado wspaniale miejsce na połów Tarpuna. Mieszkałem także w domu legendarnego właściciela pierwszego resortu wędkarskiego w tamtejszej dżungli (Arche Fields). Tworzyła się tam olbrzymia nowa lodge czyli zakwaterowanie dla wędkarzy, ale do samego miejsca trzeba było dolecieć samolotem, następnie płynąć łódką przez kanały Rio Kolorado aby dostać się do owej lodge w centrum dżungli, obsługiwanej przez lokalnych Indian - tubylców. Dla ciekawości powiem, że dokładnie w dwa dni po moim odjeździe, jeden z klientów tego miejsca został wyłowiony martwy, zagryziony przez rekiny, które upodobały sobie ujście tej rzeki jako swój rewir. I tak oto poprzez te pierwsze moje doświadczenia złożyłem ofertę moim pierwszym klientom. Była to grupa amerykańskich biznesmenów z okolic miedzy innymi Ohio. Później zresztą, gdy sprzedałem już moją firmę, to nadal przez pewien czas organizowałem dla nich – już jako ich przyjaciel – tego typu wyjazdy.
Moglibyśmy spróbować wymienić do jakich miejsc dotarł Pan poprzez wędkarskie hobby?
Costa Rikę „przejechałem” wielokrotnie. Byłem także w unikalnych dżunglach. Wędkarskie wyprawy zaprowadziły mnie między innymi do Wenezueli, Belize, Hondurasu, Chile, Meksyku, Brytyjskiej Kolumbii, Alaski, Brazylii i na najlepsze łowiska zarówno Atlantyku jak i Pacyfiku. Z olbrzymim sentymentem wspominam szczególne, unikalne wyprawy wędkarskie na Orinoko czy Amazonke, gdzie dodam, mieszkaliśmy każdorazowo przez dwa tygodnie, na wodzie. Dodam, że niezwykle bo wręcz każdorazowo z dreszczykiem odbywały się moje wyprawy w dzicz Alaski.
Jakieś sukcesy w łowieniu ryb miał Pan również.
Udało mi się złowić wiele wręcz książkowych rodzajów ryb i o niesamowitych wielkościach.
Zwiedził Pan wiele egzotycznych miejsc, jakie to było uczucie spełniać swoje dziecięce marzenia o podróżach: radość czy rozczarowanie?
Odpowiem anegdotą na to pytanie bowiem przypomniałem sobie, jak moja ukochana, babcia mówiła: „Andrzejku, jak nie będziesz uczył się do pojedziesz do Honolulu małpy z tabaki wyganiać”. Gdy po wielu latach wylądowałem w Honolulu przypomniały mi się porzekadła i „groźby” babci. Poczułem się wyjątkowo. Marzenia tego chłopca z Sulmierzyc dotknęły spełnienia. To piękne móc spełniać swoje marzenia.
Wiem, że nie można w życiu robić wszystkiego, ale skoro rozmawiamy o dziecięcych marzeniach, to co ze sportem, nigdy nie marzył Pan, jak niemal każdy chłopak, o karierze sportowca? Miał Pan przecież wielkie szanse na to.
Sport uwielbiałem w każdej postaci. Chociażby że względu na mojego wujka, Waldemara Koniecznego, wielkiego pasjonate, bardzo znanego w tamtych czasach działacza sportu i trenera w dziedzinie zapasów w stylu wolnych. Pociągał mnie również rzut oszczepem, w którym miałem wiele sukcesów indywidualnych. I mimo wielu sportowych osiągnięć i predyspozycji nigdy jednak te rożne zainteresowania i hobby nie zwyciężyły z moją największą pasją, czyli z muzyką, a konkretnie ze śpiewaniem i komponowaniem. I tak zostało do dziś.
Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Jan Herbert

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

studio_nexim