Abonament bez misji...
 Dla różnych względów - z pewnością nie tych logicznych - w ostatnich latach bardziej lub mniej intensywnie pojawia się debata, w której próbuję się doszukać sensu. Ten temat pojawił mi  się tym razem przy okazji kiedy niezupełnie przypadkowo znalazłem się w jednej z rozgłośni radiowych Polskiego Radia, dla uściślenia, aby spotkać się z jednym z moich  znajomych.
 Z pewnością nie każdy, a wręcz większość z typowych słuchaczy Polskiego Radia nie miała okazji, czy wręcz nie ma po co być w tych instytucjach stąd wydaje mi się ciekawym opowieść „od kuchni” jak ta instytucja wygląda, a praktycznie stwierdzając nie różni się obrazek typowego zaplecza radia od siebie, bez względu gdzie byśmy wstąpili, a zatem najpierw „wita nas” ochrona, potem pierwszy korytarz, jakieś mniej lub bardziej wypasione lobby (portiernia) i zewsząd pełzający ludzie. 
Wydaje ich się multum, każdorazowo utwierdzam się czy to pracownicy i słyszę odpowiedź, że tak. Człowiek z niemałym doświadczeniem biznesowym (jak ja) musi mieć wrażenie, że dzieją się tu bardzo poważne operacje: ruch prawie jak w kombinacie, czy biurowcu bankowym. Już na początku jeśli zdamy sobie sprawę, że produktem końcowym (finalnym) jest to co słyszymy w radioodbiorniku  czyli muzyka i raz po raz lektor przez godzinę zapowiadający, to zetknięcie się w zestawieniu tego obrazka ilości samochodów na zapchanym  parkingu tej instytucji - musi wywoływać nie jedno pytanie i  dysonans. Tych, których spotykasz na korytarzu wyjątkowo przejawiają obcesowość i gdybyś zobaczył ich na ulicy, nie zwróciłbyś na nich uwagi, ale tu, w środku, czujesz się jak petent, dla którego w najlepszym przypadku może znajdą czas,  tu, najwyraźniej czujesz, że kogokolwiek spotkasz to on się czuje ważny.  
Oczekuję na mojego przyjaciela, nadsłuchuję „co leci” w radiu i co słyszę? Trzy kolejne angielskie utwory i rozpoczął się kolejny (angielski). Wchodzę do małego studia przywitać się z moim kolegą, po jego lewej stronie rzucił mi się w oczy monitor i zapytałem się: „a co to?”. Usłyszałem, że to tzw. „pley lista”, czyli przygotowana lista utworów do „puszczania” w tymże radio. Zapytałem, kiedy wreszcie usłyszę polską piosenkę? Ten spojrzał na monitor i stwierdził, że będzie to trzecia z kolei od teraz, co oznaczało siedem do jeden (!), czyli siedem utworów angielskich, a po nich szczęśliwie wybrany utwór polskiej artystki, Kayah. Kolega zauważył moją zgrymaszoną i zdziwioną minę i dał mi do zrozumienia jednoznacznie, że on o tym nie decyduje, a ja krótko dodałem, czy stwierdziłem: „czy na pewno jestem w polskim radio?”. Dla wyjaśnienia: „pley lista” oznacza nic więcej jak to, jakie utwory na najbliższe 12 godzin, czy nawet więcej są wgrane do komputera i tylko taki repertuar radiosłuchacz będzie mógł usłyszeć w najbliższym czasie. Pytam, czy to nie cenzura? Czy to nie monopol? Jak nie jedno z tych, to co?
Dla jasności podkreślę, że to nie była trzecia nad ranem i nie czwarta nad ranem, o której to najczęściej stacje komercyjne  puszczają  polską muzykę, aby w przypadku kiedy zarzuciłby im ktokolwiek, że tępią polską kulturę mogły się wykazać statystyką. To spotkanie miało miejsce około południa. Zapytałem więc naturalnie „kto tym rządzi”?, jestem przecież w polskim radiu, usłyszałem, że jest kierownik muzyczny i to on  decyduje o tym co i kiedy jest grane. Parę minut później poszedłem na spotkanie z dyrektorem tegoż radia. Jest moim dobrym znajomym, więc zapytałem go wprost: „co jest grane i dlaczego tak się dzieje?”. Myślę, że moje pytanie i moje zatroskanie najwyraźniej go zdziwiło, bowiem jego troska i to co okupywało jego głowę, to było spotkanie, które miał za chwilę ze związkiem zawodowym pracowników radia, który domaga się więcej kasy, wieści z Warszawy, że budżet, a właściwie informacje o budżecie na jaki mogą liczyć są najwyraźniej okrojone i to, że dni Zarządu ze względu na polityczne układanki być może są policzone etc. Mimo wszystko pociągnąłem ten temat. Zapytałem się, co się stało z tym, co mnie obchodzi: typowym słuchaczem Polskiego Radia, a mianowicie co z polską muzyką, która przecież jest jako produkt (mam na myśli sama muzyka) czasowo największym zapełniaczem czasu w radio? Dla przykładu, na pytanie: „dlaczego, kiedy zmieniła się osoba prowadząca na liście przebojów, totalnie zmienił się repertuar tej listy?”, usłyszałem: „bo przejął ją nowy człowiek i prowadzi ją, jak również układa, według własnych upodobań”. Stwierdziłem, że według własnych upodobań to ten pan X może sobie puszczać we własnym domu, we własnych czterech ścianach to co mu się podoba. Tu jest Polskie Radio. Na pytanie kto układa ową „pley listę” usłyszałem, że w ich przypadku wykształcona muzycznie w Polsce pani. Przerwałem stwierdzając: „najwyraźniej ta osoba nienawidzi polskiej muzyki i proponowałbym wysłać ją, aby spróbowała to w jaki sposób i to co robi tu – robiła za granicą, a przede wszystkim – stwierdziłem - to wypłatę powinna brać nie z pieniędzy polskiego podatnika tylko od środowisk jej umiłowanej kultury. 
Zapytałem, czy ktoś tych ludzi uświadomił, kto opłaca i z jakich pieniędzy produkowany jest ten program. Zaproponowałem, aby zamiast z tak zwanej kasy z abonamentu oraz z pieniędzy podatnika zwrócić się o finansowanie tego rodzaju instytucji jak polskie radio, do firm fonograficznych zachodnich, które bez najmniejszego problemu, cenzury, zawłaszczają przy pomocy  rąk i bezguścia, miernych „kierowniczków muzycznych”, polskie media. Zapytałem również, jak to się dzieje, że w takiej instytucji jak polskie radio, polski artysta musi się łasić aby jego utwór czy płyta zaistniała. Nie usłyszałem odpowiedzi, a wręcz wydawało mi się, że trafiłem w temat bądź co bądź przyzwoitego człowieka, dyrektora tejże placówki, który rzeczywiście całą swoją energię, orientację oraz czas ma skierowaną na tak zwaną kasę dla radia i biurokrację natomiast treść produktu jest w związku z tym zmarginalizowana. Wychodząc stamtąd na korytarzu minąłem kilkunastu „łazików”, którzy okupują budżet tej instytucji i przyznam, że opuściłem ten budynek kolejny raz z niesmakiem. Pozostało mi jedynie wydostanie się z zagęszczonego radiowego parkingu na ulicę oraz  wiele refleksji, które prawdopodobnie znowu wrócą mi w najbliższym czasie, kiedy to odwiedzę kolejną ze stacji radiowych, aby spróbować pomóc w promocji mojej nowej płyty. 
Konkludując: kiedy słyszę: „abonament”, to przychodzi mi skojarzenie z wieloma miejscami, które odwiedziłem w moim życiu, w kilku było miejsce gdzie  ludzie rzucali monety za siebie sądząc, że w zamian spotka ich szczęście, ale wtedy wiedzieli, że płacą za złudę. Kiedyś słyszałem taki dowcip: „zapytany ksiądz, co się dzieje z zebranymi pieniędzmi, które ludzie dają na ofiarę, odpowiedział, że oczywiście są to pieniądze dla Pana Boga, a on po prostu bierze tacę z zebranymi darami, rzuca ją w górę i mówi: Panie Boże to wszystko dla Ciebie, a co spadnie, to moje”. I w tym dowcipie jest przynajmniej misja, którą spełnia ksiądz. A co z misją zapisaną w misji Polskiego Radia? Radiosłuchaczu oceń to sam. 
 

Komentarze  

 
0 #1 Gość 2011-04-25 21:47
A,ja słyszałem że program z utworami w radiu układa komputer , który np. nie wie
kto to jest The Beatles,a Tina Turner ma
więcej niż trzy piosenki ,i Polacy też
umieją nie gorzej spiewać od bardzo obcych nam kulturowo czarnych raperów .
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie utworów muzycznych bez zgody autora zabronione. Materiał muzyczny na niniejszej stronie reprezentowany jest wyłącznie w celach promocyjnych.